Świąteczne paradoksy

Autor
„Święta Bożego Narodzenia to dla Polaków najważniejsze i jednocześnie najbogatsze w tradycje ludowe święta” – czytam na jednej ze stron internetowych, ale są to chyba trochę przeterminowane i przereklamowane słowa. Zastanawiam się w co, w zależności od upodobań, przeobraziliśmy nasze ukochane, rodzinne święta Bożego Narodzenia. Według naszych pradziadów, miały być radosnym czasem oczekiwania na przyjście Chrystusa. A czym są dzisiaj?

Zmiany, zmiany, zmiany...

Wszystko uległo zmianie. Wielu z nas straciło wiarę, zagubiło swoje ideały i zwątpiło w czystość i uczciwość Kościoła. Po tych wszystkich nieczystych zagraniach, których byliśmy świadkami, ciężko jest nie tylko pójść na mszę, ale w ogóle uwierzyć w Boga.



Duży wpływ na zmianę wizerunku świąt miał też postęp cywilizacyjny, który przecież powinien ułatwiać nam życie. Warto zadać sobie pytanie, czy nie zgubiliśmy tej całej obrzędowości Bożego Narodzenia gdzieś na drodze do sukcesu, kariery czy sławy? Dzisiejsze świętowanie w niewielkim stopniu pokrywa się z opisami naszych przodków.

Święty Mikołaj

Weźmy pod uwagę postać świętego Mikołaja – biskupa z Miry, który zasłynął jako cudotwórca. Był dobrym, pobożnym człowiekiem. Ratował żeglarzy, swoim majątkiem dzielił się z ubogimi, a miasto uchronił od głodu. Zmarł 6 grudnia 345 r., a na pamiątkę jego śmierci obchodzimy Mikołajki. Większość ludzi postrzega Mikołaja jako postać wyłącznie bajkową - starszego brodatego mężczyznę w czerwonym stroju, poruszającego się saniami ciągniętymi przez renifery i rozdającego dzieciom prezenty. Zapominamy, że to, co znajdujemy w naszych butach tego szczególnego grudniowego poranka, jest tylko wspomnieniem świętego. A dla nas Mikołajki ciągną się chyba aż do wieczerzy wigilijnej, kiedy to wypatrujemy pierwszej gwiazdki, by w końcu szybko i byle jak skosztować każdej potrawy i uzyskać przepustkę do przytargania prezentów spod choinki, która też raczej też niewiele ma wspólnego z Jezusem.

Adwent

Czekamy i przygotowujemy się na Jego przyjście … Czyli adwent. Ten okres wprowadzono do kalendarza liturgicznego w V wieku n.e. W naszym kraju miał być to po prostu czas refleksji, postu i modlitwy. Często w kościele, poza staruszkami, spotykamy dzieci, bo ksiądz po mszy rozdaje batony i na następne nabożeństwo każe przyprowadzić kolegę. Według tradycji wieniec adwentowy symbolizuje oczekiwanie na światło, czyli na Chrystusa. Nowszym trendem stał się kalendarz adwentowy dla maluchów. Każdego dnia przez cztery tygodnie otwiera się okienko, gdzie ukryta jest czekoladka… Nierzadko dzieci w tenże sposób dowiadują się czym jest adwent, a potem kojarzą go tylko z czekoladą.

Gwiazdki, bombki i aniołki

Długo przed okresem „radosnego” oczekiwania, dostajemy oczopląsu. Już w listopadzie zmienia się wystrój sklepowych wystaw. Miejsce zniczy zajmują bombki, choinki i inne świąteczne symbole. Telewizja też robi swoje. Od dawna wiemy, że w Biedronce jest promocja kartek świątecznych i komplet bombek za 12,99. Jakby na siłę przymierzamy się do kupienia prezentów, mimo iż czasu jest sporo. Towarów przybywa, a pieniądze przemijają z wiatrem, chociaż śniegu nie widać.

Jedzenie, picie i nic więcej

Gotówka idzie też na jedzenie. Przecież zjeżdża się pół świata. Trzeba więc zakupić odpowiednią ilość produktów i przygotować dwanaście potraw na wigilijny stół. Nie można zapomnieć o czymś "mocniejszym". W końcu narodziny Mesjasza trzeba porządnie opić. Na tyle porządnie, żeby przespać nie tylko pasterkę, ale i poranną mszę. Gdzie w tym wiara? Gdzie rodzinna atmosfera? Gdzie spokój, radość i szczęście? Nie ma co się oszukiwać… Przedkładamy ciało nad duszę. Zapominamy o tym, że w ten wyjątkowy grudniowy czas powinniśmy zastanowić się nad sobą i na bazie doświadczeń ułożyć nowy plan stawania się lepszym człowiekiem. Nie musimy wierzyć w Boga. Uwierzmy w siebie.

Wewnętrzne święta

Podsumowując, już od listopada spada na nas ciężar komercyjnej, pseudoreligijnej propagandy. Nazywam ją zakłamaniem i udawaniem. Wielokrotnie narzekamy na dzisiejsze święta, a tak naprawdę nie robimy nic, by wyjść z tego, w co sami wdepnęliśmy. Czekamy na Chrystusa czy na nowy komputer? Chcemy spędzić czas z rodziną czy z nowym Falloutem? Każdy z nas musi rozprawić się z samym sobą. Każdy z nas musi nauczyć się przeżywać swoje własne wewnętrzne święta.

JB
Trwa ładowanie komentarzy...